wtorek, 3 września 2013

Wyniki rozdania

Przepraszam, że tak długo musiałyście czekać na wyniki, ale cały czas mi się coś knociło, więc musialam pisać ręcznie.


Zdobyłyście razem aż 318 głosów i jestem wdzięczna zainteresowaniem, ale przejdźmy do konkretów.



A numer 19 miała:


Gratulacje i już wysyłam maila! :)

sobota, 31 sierpnia 2013

Ostatnie godziny do końca rozdania + też jestem na Facebook'u :)

Jeszcze dzisiaj do północy można zgłaszać się do mojego urodzinowego rozdania.


KLIK KLIK KLIK


Od dzisiaj można także polubić mniej na facebook'u. Na razie wszystko ogarniam, więc proszę o wyrozumiałość. Na pasku bocznym pojawił się widget. Zapraszam do polubienia :)




Buziaki! ;*

Ostatni powiew wakacji, czyli limitka żeli Balea

Witajcie.

Właśnie jestem po wycięciu zęba. Znieczulenie jeszcze działa, a muszę Wam powiedzieć, że siedziałam tam chyba 20 minut, przy czym 10 minut tylko trwał zabieg. Jestem mega szczęśliwa, że obyło się bez komplikacji i bardziej przygotowana na przyszły raz. Na pewno nie będę się bać jak dzisiaj.

Dzisiaj dla niektórych ostatni weekend wakacji, dlatego postanowiłam jeszcze wrzucić post o żelach, które słyną już na blogosferze ze swoich cudownych zapachów, a chodzi oczywiście o żele Balea.



Żele pochodzą ze sklepu kokardi.pl, na który serdecznie Was zapraszam. W życiu nie dostałam tak dobrze zabezpieczonej paczki.

Każdy z żeli kosztował 5,90 zł. Standardowe opakowanie, porządnie zrobione. Pojemność 300 ml. Design bardzo cieszy oko, to nie ulega wątpliwości.

Żele dobrze oczyszczą i pienią się. Nie przesuszają skóry, ani też jej nie nawilżają czy w żaden sposób pielęgnują, użycie balsamu jest konieczne. Żele są bardzo wydajne.



Limitki zawsze słyną z pięknych zapachów. Jeśli chodzi o te to zdecydowanie wersja z marakują skradła moje serce, pachnie po prostu pięknie i do tego ten smerfowy kolor. Wersja z ananasem też zdaje radę, ale po chwili używana zapach staje się jakby chemiczny.


Mam jeszcze dwa inne żele Balea, o których napiszę za jakiś czas. Teraz uciekam szukać mojego psiaka, który rzucał się na moje włosy. Jak tak dalej pójdzie to zostanę łysa.

Chciałam Wam też życzyć wszystkiego najlepszego w Dniu Blogera!

Buziaki! ;*

piątek, 30 sierpnia 2013

Korres, odżywczy krem do rąk - ratunek dla moich dłoni

Witajcie. 
Teraz dopiero zaczynam wakacje, ponieważ skończyłam pracę. Nadrobię wszystkie zaległości w książkach i na Waszych blogach. Jutro tylko obawiam się, że będę niedysponowana, ponieważ idę na wycinanie ósemki, niby to tylko zabieg, ale mam ją ulokowaną dość blisko nerwu i cały czas będę się o to stresować. 

Dzisiaj o produkcie, który uratował moje dłonie po totalnym przesuszeniu. Nie wiem dokładnie od czego to przesuszenie. Ostatnio kupiliśmy pieska i normalnym jest to, że przy zwierzakach częściej myje się ręce, ale nie jestem przekonana, że to od samej wody. 


Tak wyglądały moje dłonie, ale najgorzej było pomiędzy palcami. Skóra była przesuszona na wiór, a balsamy do dłoni Pat&Rub nie dawały sobie rady. 

Od producenta:

Idealny do suchej i popękanej skóry dłoni. Masło Shea, olejek migdałowy oraz prowitamina B5, głęboko odżywiają skórę rąk, przywracając jej elastyczność i gładkość. Nie klei się i szybko się wchłania. Posiada aksamitną konsystencję oraz przyjemny zapach.



Moja opinia:

Od razu na wstępnie uprzedzam, że ten krem to praktycznie same ochy i achy, mam nadzieję, że nie będziecie mały mnie dość :)

Krem znajduje się w standardowej tubce z miękkiego plastiku. Co najbardziej przykuwa w opakowaniu to zdecydowanie jego design. Mi te wzorki bardzo się podobają i zdecydowanie tubka dobrze się prezentuje zarówno na półce jak i w torebce. 

Produkt ma bardzo przyjemny zapach, taki delikatny i subtelny. Tego mi brakowało w kremach pani Rusin, które zapachem do mnie nie przemawiają (wiem, jestem odmieńcem). Konsysencja też na plus, dość gęsta, ale bezproblemowo się rozprowadza, a sam krem szybko się wchłania, dlatego towarzyszy mi przy jeździe samochodem, ponieważ wiem, że jak wsiądę i posmaruję nim ręce to zanim odpalę samochód i ruszę krem już będzie wchłonięty.


Działanie ma po prostu fantastyczne! Dwa dni i po suchych skórkach ani śladu i od kiedy go używam nie powróciły. Ręce są w dobrej formie, bardzo dobrze wyglądają, są dobrze nawilżone. Całe szczęście nie pozostawia na dłoniach tłustego filmu. Dłonie są gładziutkie, a używanie kremu to sama przyjemność. Ciężko mi stwierdzić jak z jego wydajnością, ale o tym napiszę kiedy znajdzie się w denku.

Jeśli chodzi o skład to mamy w nim praktycznie same dobroci, zaraz po wodzie jest masło Shea, olejek migdałowy, sok aloesowy, olejek jojoba, prowitamina B5, olejek sojowy, olejek słonecznikowy, masło mango, pantenol. Nie zawiera olejów mineralnych, silikonów, glikolu propylenowego, PCM, parabenów, etanoloaminy i ftalanów.

Niestety jego cena zwala mnie z nóg, bo kosztuje 59,90 zł/ 75 ml w Sephorze. Nie żałuję ani złotówki, którą na niego wydałam. Obawiam się, że normalnie nie będę mogła sobie na niego pozwolić, ponieważ teraz pieniądze dostałam od taty, który zlitował się na widok moich rąk.

Mam nadzieję, że zaciekawiłam Was tym kremem. Jest to moje pierwsze spotkanie z tą marką i mam nadzieję, że nie ostatnie.

A teraz uciekam, buziaki! :*

niedziela, 25 sierpnia 2013

YR Les Plaisirs Nature, mleczko do ciała o zapachu dzikiej jeżyny

Witajcie.
Jak zdążyłyście pewnie zauważyć bardzo lubię robić zakupy w YR. Lubię tę firmę i tak samo lubię ich malinowe mleczko do ciała, czy jeżynowe też mnie zachwyciło? Zapraszam :)



Od producenta:


Delikatne mleczko do ciała zapewnia przyjemne chwile każdego dnia. Jego gęsta konsystencja z zawartością jeżyny pozostawia skórę nawilżoną i przyjemnie pachnącą. 

Składniki pochodzenia roślinnego: dzika jeżyna, masło karite. 
Testowane pod kontrolą dermatologiczną.



Moja opinia:

Zamówiłam go przy okazji jakiś zakupów na YR. Stwierdziłam, że skoro wersja malinowa była taka fajna to dlaczego nie spróbować jeżynowej? Tym bardziej, że kupiłam go z myślą o lecie, bo szybko się wchłania i jest lekki. Pierwsze co mnie od niego odepchnęło to zapach. Strasznie mocny i duszący, zdecydowanie nie dla mnie. Dobrze, że nie utrzymuje się za długo na skórze. Druga to oczywiście to, że musiałam dokupić do niego pompkę, bo pewnie większość z Was wie, że to produkty są zakręcane. Nie jest to dobre rozwiązanie zwłaszcza przy tak wielkim otworze i twardym plastiku. 

Na plus konsystencja, która jest lekka, dzięki czemu na skórze nie pozostaje tłusty film. Niestety nawilżenie jest po prostu słabe, poza tym przez zapach z moją systematycznością było raczej kiepsko. Wydajność całe szczęście średnia, żeby dobrze rozsmarować mleczko na jednej mojej nodze (która jest dość szczupła) potrzeba mi trzech pompek, ale wielka butla (400 ml) robi mi na złość. 

Już wiem, że tego mleczka więcej nie kupię, zostanę wierna malinowemu, ewentualnie przetestuję waniliowe, bo przez wiele osób waniliowe produkty YR są zachwalane.

A teraz uciekam, muszę porobić zdjęcia do recenzji. Buziaki! ;*